Upłynęło półtorej dekady od oryginalnego, amerykańskiego wydania książki prof. Petera Turchina. Właśnie doczekaliśmy się polskiego tłumaczenia. Jednakże warto było czekać, bo książka się wyjątkowo szlachetnie starzała i już wkroczyła w wiek dojrzewania. Pewne koncepcje przedyskutowano na nowo, a sam Turchin doczekał się uznania jako intelektualista, co przecież nie było wcale łatwe. Nie to pochodzenie, nie to wykształcenie i nierzadko nie te słowa, by robić karierę na amerykańskim rynku książek dla humanistów. A jednak się udało, dlaczego? – bo zapytał – w wyjątkowo oryginalny sposób o kwestie zasadnicze, na które odpowiedź chce znać każdy naród, każde społeczeństwo: dlaczego cywilizacje upadają? Czy chwilowy sukces, finansowy, demograficzny, socjalny, dany jest na wieki? Takie pytania do niedawna zajmowały głowy historyków i socjologów, ewentualnie ekonomistów. To oni pisali książki, wykładali w akademiach, szkolili polityków i nadawali ton debacie publicznej. Historycy uwielbiają podkreślać wyjątkowość sytuacji dziejowej, jej wielowarstwowość i złożoność, co czyni ją często niewytłumaczalną, a wtedy także nieprzewidywalną.  Jakże więc ma być prawdziwą Mater et magistra życia? Gdybyśmy wykonali prosty eksperyment myślowy i spojrzeli na nasz gatunek, istotę podwójnie rozumną, Homo sapiens sapiens, jak na wiele innych zwierząt, z przynależnymi nam cechami życia: masą ciała, potrzebami energetycznymi, tendencjami stadnymi, poziomem agresji, genami przepływającymi przez poszczególne populacje, to wielu poczuje się przynajmniej dziwnie. Kto patrząc na rysunek w szkolnym podręczniku pokazujący naprzemienne szczyty i upadki populacji zająca i rysia pomyślał o historii? Pewnie niewielu, a nawet gdy taka myśl przemknęła, to co najwyżej w kontekście odkrywców Zatoki Hudsona, bezkresów kanadyjskiej tajgi, czy słynnej wyprawy Ernesta Shackletona. Jak mieli ciężko, czym się kierowali wybierając trudny traperski los. Nie poszukuje się połączeń historii, przyrody i matematyki, choć oczywiście przyrodnicy czytują książki historyczne, a historycy zachwycają się pięknem przyrody. Jednak robią to raczej dla rozwijania osobistych pasji, najczęściej bez jakiegokolwiek związku z uprawianą dziedziną nauki. Ot, jak mawiają Anglicy, jeszcze jedno nieszkodliwe hobby. Na szczęście coś się powoli zmienia, na uniwersytetach powstają katedry historii środowiskowej, klimatolodzy posiłkują się analizą historycznych zapisków, a wspomagający ich matematycy i statystycy starają się to pokazać przy pomocy liczb. Wizja historii, zwłaszcza dynamiki cywilizacji i stosunków międzynarodowych, ulega silnym przekształceniom, dodajmy zwykle mocno krytykowanym przez klasycznych historyków, badaczy pojedynczych epok i zapalonych archiwistów. Pewnie ta separacja naukowych nisz jeszcze by trwała, gdyby nie niezwykła popularność książek Jareda Diamonda, znanego w Polsce ze znakomitej, klasycznej wręcz Strzelby, zarazki i stal. Losy ludzkich społeczeństw (Prószyński i S-ka, Warszawa 2000) jak i ostatnio wydanej, moim zdaniem znacznie słabszej, choć wartej odnotowania Kryzysy. Punkty zwrotne dla krajów w okresie przemian (Zysk, Poznań 2021). W nich, bez specjalistycznego żargonu, opisuje dzieje człowieka w kontekście zmieniających się warunków przyrodniczych, a jak na świetnie wyedukowanego biologa korzysta z licznych odwołań do fizjologii, ekologii populacji i biologii ewolucyjnej.

              Człowiek nie korzysta wyłącznie z dobrodziejstw natury, ale i mocno ją przekształca, a jak pokazuje Diamond, czyni to czasami zdecydowanie zbyt mocno. Trudno jednak, z odpowiednio wysokim prawdopodobieństwem właściwym naukom ścisłym, powiedzieć, czy rzeczywiście za przyczyny upadku poszczególnych cywilizacji odpowiadają lokalne zanieczyszczenie środowiska, związane z tym zatrucia, wojny, epidemie, jak i ogólny spadek dobrostanu. Gdzie położyć akcent, który czynnik uznać za najważniejszy – to już olbrzymie pole do spekulacji. Samych teorii, próbujących wyjaśnić upadek starożytnego Rzymu, jest ponad dwieście. Być może nawet teoria Diamonda i inne hipotezy opierające wskazujące na silne relacje społeczeństw ludzkich do zasobów środowiska nie należą wcale do najlepszych, lecz są podane w naprawdę atrakcyjny – tak wiem, to może być moja zachwiana z racji pasji zawodowych percepcja – sposób.

Teraz Turchin

Celowo piszę o różnicy pomiędzy atrakcyjnością a prawdziwością wyjaśnień, by zasygnalizować potencjalne zawiłości, które mogą powstać w głowie po lekturze Wojna, pokój i wojna. By zrozumieć ich źródło, trzeba choćby krótko napisać o autorze, i wyjaśnić skąd widoczny wpływ „twardej nauki”, niuansowanie sądów, poszukiwanie związków przyczynowo – skutkowych, operowanie rachunkiem prawdopodobieństwa. Peter Turchin to postać nietuzinkowa, z szerokimi horyzontami, wzorowym wykształceniem ogólnym. Zaprzeczenie cech przypisywanych amerykańskim naukowcom, skupionym wyłącznie na sobie i akademickim światku, teraz jeszcze mniej przystającym do problemów codzienności. Ameryka na szczęście to kraj zbudowany i budowany przez imigrantów, także rodziców Petera.  Jego ojcem był Valentin E. Turchin, znany radziecki (tak, tak) fizyk i matematyk, który w proteście przeciwko ograniczaniu wolności słowa i utajnianiu osiągnięć naukowych, w roku 1977 wyemigrował ze Związku Radzieckiego do Stanów Zjednoczonych, można nawet zasugerować, że życie w jednym z imperiów zamienił na drugie. W Ameryce rozwinął koncepcję cybernetyki jako metanauki, tworzył języki programowania, a nawet jest wskazywany jako jeden z twórców Internetu. Wspominam, bo jego wpływ na syna jest bardzo widoczny. Peter (rocznik 1958), choć z wykształcenia jest biologiem, to rozwijał zainteresowania fizyką i matematyką, łącząc oba podejścia, a dzięki czemu stał się jednym z najlepszych, a i też najczęściej cytowanych, badaczy zmian dynamiki populacji. Obecnie jest profesorem w University of Connecticut i jego zainteresowania mocno oddaliły się od klasycznej ekologii matematycznej ku naukom społecznym. Ślady zmiany zainteresowań łatwo dostrzec w następujących po sobie publikacjach Turchina. Przełomem była książka Historical dynamics (2003, Pricton University Press, Princton), choć hermetyczna, z dużą ilością równań matematycznych i modeli, to od podstaw wyjaśniająca metodologiczne i formalne podwaliny nowej dziedziny nauki, nazwanej kliodynamiką.

Wpływ Ibn Khalduna

Tytuł książki w sposób oczywisty nawiązuje do uznawanej za epopeję narodoweą autorstwa Lwa Tołstoja. To jednak wyłącznie tytuł, bo już sama treść prowadzi do myśli żyjącego na przełomie XIV i XV wieku Ibn Khalduna, wybitnego historiozofa, historyka, prekursora socjologii, politologii i ekonomii. Opisał historię Arabów, Berberów i Persów. W swym najbardziej znanym dziele zatytułowanym Muqaddimah, wytknął najczęściej popełniane przez pozostałych historyków błędy. Wyłożył w nim również teorię nauk o społeczeństwie i zawarł myśl nazwaną asabiyah, rozumianą jako więź grupowa. Do tego w sposób bezpośredni nawiązuje Turchin, a pewnie nieświadomie także do wielu socjologów i biologów, zwłaszcza tych zajmujących się zwierzętami społecznymi, chociażby mrówkami i pszczołami. Asabiyah oznacza więzy pokrewieństwa, krew z krwi, coś jak we współczesnej popkulturowej Grze o Tron. Dzięki nim spójne, jeszcze lepiej sprawdzone w boju, plemię może osiągnąć władzę. Upadające grupy, zostają zastąpione przez nowe, takie o silniejszych więziach. Kiedy społeczeństwo staje się wielką cywilizacją, po okresie wzrostu następuje jego upadek, bo każda dynastia trwa tylko określony czas – tak ustalił Ibn Khaldun, a nowsze dowody empiryczne, jak i pochodzące z modelowania matematycznego, wskazują, że to zwykle czas zaledwie czterech pokoleń. Po okresie wyrzeczeń i skromnego życia, następuje hulanka i przepych, po czym schyłek i upadek władzy. By było dynamicznie, a natura nie znosi próżni, to w ich miejsce wchodzą barbarzyńcy. Po umocnieniu władzy zaczynają się interesować sztuką, częstokroć przyswajając kulturę upadłego plemienia. W końcu jednak i oni zostają podbici i cykl się powtarza.

Turchin, przynajmniej w omawianej książce, ale też i w artykułach naukowych, unika politycznego uwikłania teorii. Upust publicystycznym wizjom daje na autorskim blogu, o nazwie, a jakże (!) Cliodynamica. Tutaj możemy poczytać o współczesnej Ameryce, Rosji, Francji, Niemczech, całej Unii Europejskiej, ale też o Chinach i Indiach. Przegranych, wygranych, walczących. O handlu, wojnie, ambicjach zawiedzionych i gniciu instytucji.

Różnorodność tworzy stabilność

W skomplikowanym układzie wyciągnięcie jednego z wielu elementów nie jest w stanie go przewrócić czy zniszczyć. Możemy odkręcić jedną śrubkę z samochodu, zbić szybę w oknie domu, a z kwiecistej łąki pozbyć się żółtego jaskra – to może nie doskonale, ale system będzie działał. Przynajmniej do czasu. Taki rodzaj myślenia, dzisiaj będącego podstawą nauk o złożoności, wykorzystywanych w analizie sieci informatycznej, ale i w systemach bankowych, rozpoczął australijski, choć później związany z Oxfordem, matematyk, ekolog, myśliciel Sir Robert May. Peter Turchin znając modele dynamiki populacji, wszak przypomnijmy poznał zawiłości ekologii teoretycznej, twórczo rozwija to podejście i wskazuje możliwość wykorzystania w analizie sieci społecznych, w powstawaniu i upadku imperiów. Niemal intuicyjnie czujemy, że właśnie różnorodność odpowiada za stabilność. Ale czy wielość narodów w jednym państwowym kompleksie zawsze tworzy stabilny system? Czy może jest wręcz przeciwnie? Tak jak mała rysa niszczy funkcjonalność szklanki, tak zabicie jednego, z perspektywy populacji osobnika może wywołać spory chaos, zwłaszcza jeśli będzie to wysoko postawiony władca. To aspekt praktyczny nietrwałości układów imperialnych. Ale i blokady teoretyczne bywają całkiem spore: pojawiają się argumenty, zwłaszcza wśród przedstawicieli nauk przyrodniczych, iż zwyczajnie szkoda czasu na badania relacji, których nie jesteśmy w stanie nawet porządnie przetestować. Pozostają wyłącznie niejasne dociekania i przepychanki w mediach. W konsekwencji, koncepcja stabilności w badaniach systemowych została niemalże zarzucona. Przyglądamy się ewoluującym jednostkom, takim jak geny, pojedyncze organizmy, a ewentualnie ich bezpośrednim interakcjom, z celowym abstrahowaniem od funkcjonowania całości. Patrzymy na drzewa, a nie widzimy lasu. Czyżby nasz mózg do podejmowania wyjaśnień wolał to co proste. William Ockham i jego brzytwa skierowana w stronę brody Platona, szczerze w tym miejscu by się zaśmiali. A jednak, na pewnym etapie prostota wyjaśnień zdecydowanie przeważa nad ich złożonością, choć nie jest to elementem turchinowskich dociekań. Nie ma jednak co narzekać, bo podejście osobnicze w socjologii, ekologii i ekonomii przyniosło wiele sukcesów. Jednak, z racji współczesnej wzrastającej komplikacji świata, wpływu człowieka na układy przyrodnicze, takie proste podejście dzisiaj przestaje wystarczać. Potrzebujemy podejścia systemowego, a takie prezentuje właśnie profesor Turchin.

Chcemy jeszcze

Zaskakuje, czym nawiąże do początku mojej wypowiedzi, na polską edycję musieliśmy sporo poczekać. Przed nami byli nie tylko Amerykanie i mieszkańcy innych krajów języka angielskiego, ale książka doczekała się tłumaczeń na rosyjski, co akurat w pełni zrozumiałe, ale i to to już znacznie ciekawsze, choćby na chorwacki. Myśl Turchina obecna jest w periodykach naukowych, popularno-naukowych, a nawet prasie codziennej i niezliczonej liczbie platform internetowych w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, ale też Niemczech, Francji i Rosji. W Polsce, poza własnymi omówieniami książek autora, tej właśnie wydanej, jak i późniejszej Ultrasociety, na łamach niszowych czasopism Nauka i Forum Akademickie, nie spotkałem innych. Do czasu czułem się jak prawdziwy samotnik, aż usłyszałem o Turchinie na kanale WSI Tomasza Wróblewskiego. Szybko poszło, od omówienia do wydania i wreszcie mam przed sobą pierwszą książkę Turchina w języku polskim, a mam nadzieję, że zdecydowanie nie ostatnią. Cóż, nie jesteśmy imperium, choć tak by można zakwalifikować chwilowy epizod w historii, to przecież jednak i prowincja ma swoje intelektualne potrzeby. Jasne, że można, a nawet należy czytać intelektualistów w oryginale, ale by myśl była dyskutowana szerzej, wśród polityków, wojskowych socjologów, ekonomistów potrzeba również prostszego podania. Voilà!

Prof. dr hab. Piotr Tryjanowski
Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu